Parę tygodni temu obejrzałem Akta Dresdena. To jednosezonowa produkcja z 2007 roku, która opowiada o czarodzieju Harrym Dresdenie, w tej roli Paul Blackthorne, który pomaga policji w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. W roli współpracującej policjantki wystąpiła, znana z Off the Map, Valerie Cruz. Sama fabuła niczym nie zaskakuje, zwyczajnie nie zachwyca i czasem nudzi. Serial mocno się postarzał, oglądając go miałem wrażenie, że to produkcja z lat 80-tych, czuć braki budżetowe. Mimo braków fabularnych i słabej produkcji Akta całkiem dobrze się ogląda. Nie rozumiem tego fenomenu. Sezon oceniam na siedem bo ostatnio lubię klimaty magii, która nie jest powiązana z wampirami, tych ostatnich mam ostatnio przesyt.
Druga Ziemia (2011, reż. Mike Cahill) Zaczynając ten seans spodziewałem się całkiem innego tytułu. Nie wiem dlaczego, ale myślałem, że będzie to widowiskowe sciene-fiction, a tu taka niespodzianka - pozytywna, co uczciwie muszę zaznaczyć. Zamiast efektów specjalnych mamy zgrabnie poprowadzoną fabułę. Trudno nakreślić treść w kilku zdaniach, mam wrażenie, że cokolwiek bym nie napisał to pominę sedno filmu. Druga Ziemia była hitem na zeszłorocznym festiwalu kina niezależnego Sundance. Gdzieś wyczytałem, że klimat tej pozycji jest wynikiem, nasilającej się ostatnio, obawy przed końcem świata. Uważam, że taka opinia jest przesadzona, bo czy zakończenie jest smutne, apokaliptyczne ? Wręcz odwrotnie, cały film ma lekko dołujący klimat, który w końcówce przejawia się płomykiem nadziei.
Wiary, że nic tak naprawdę nie jest ostateczne - nawet śmierć.
Co o tym myślicie ?
Zakończenie to, obok ścieżki dźwiękowej, mocny atut filmu.
W tytule zagrali William Mapother oraz Brit Marling - przyzwoite kreacje. Drugą Ziemię oceniam na siedem. Arcydziełem nie jest, ale ma to coś, co sprawia, że zapada na jakiś czas w pamięci. Polecam.
Obejrzeliśmy film Mój Tydzień z Marylin (2011 reż. Simon Curtis).
Seans wywołał u nas mieszane uczucia, był świetny początek, niezłe zakończenie, ale w środku zabrakło czegoś.
Tytułową rolę zagrała Michelle William, która średnio mi pasowała, zawsze chciałem by Monroe zagrała Scarlett ;)
Michelle mnie zaskoczyła, nie była to rola oskarowa, ale zagrała całkiem przyzwoicie. Dobrze wypadli też pozostali aktorzy : Kenneth Branagh, Eddie Redmayne, Judi Dench oraz Emma Watson (kojarzycie ją? )
Słabą stroną Tygodnia jest scenariusz, który momentami wydaje się niekompletny i niedopracowany.
Całość oceniam na solidne siedem.
PS-film przypomina nam, jak kiedyś robiło się filmy ;) za to plus.
Ostatnie dni mijają mi na oglądaniu White Collar (polski tytuł Białe Kołnierzyki). Tak nieśpiesznie się oglądało i minęły dwa pierwse sezony. Serial ten mnie pozytywnie zaskoczył, spodziewałem się standardowej historii o pracy FBI, a tutaj taka niespodzianka. White Collar to produkcja pełna świetnego, niegłupiego humoru, który serwowany jest nam niczym dobre, wytrawne wino. Historia jest prosta. Skazany za oszustwa Neal (Matt Bomer) staje się pomocnikiem Petera - agenta FBI (w tej roli Tim DeKay). Ciekawostką jest fakt, iż to Peter aresztował Neal'a. Banał, ale świetnie rozegrany. Akcja toczy się dwutorowo, Neal i Peter wspólnie rozwiązują zagadki kryminalne i odnoszą w tej materii spore sukcesy. Z drugiej jednak strony, obaj w wolnych chwilach starają się wzajemnie wykiwać. Czy oszust może stać się uczciwy? Czy agent zacznie przymykać oko na niecne uczynki podopiecznego ? Tego dowiecie się z Białych Kołnierzyków. Mocną zaletą produkcji jest drugi plan.Dobrze zbudowane i zagrane postaci świetnie uzupełniają wspomniany duet. Lubię absolutnie każdego w tym serialu. Trudno wszystkich wymieniać, więc przybliżę odrobinę tylko trójkę. Mozzie (Willie Garson) - kim jest ten facet? Dlaczego wszędzie wietrzy podstęp ? Nie da się faceta nie lubić. Mistrzowska kreacja. June (Diahann Carroll) - właścicielka mieszkania Neala - klasa sama w sobie. El (Tiffani Thiessen) - to żona Petera. Idealnie pasuje do swojej roli. Oddana, ale z charakterem. Jeśli szukacie lekkiego serialu, który ma to coś, to White Collar jest dla Was. Sezon pierwszy i drugi oceniam na dziewięć.
Moneyball (reż. Bennett Miller, 2011) to najnowszy tytuł z Bradem Pittem. Gdzieś przeczytałem, że to ma być ostatni jego film, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Jest zbyt dobrym aktorem, by tak zwyczajnie odejść. Moneyball otrzymał sześć nominacji do tegorocznych Oscarów. Czy zostanie doceniony ? Myślę, że tak. To bardzo dobry tytuł, który przybliża nam świat baseballu. Myślę, że Oscara dostanie właśnie za to ;) Myślę, że przeciętny Europejczyk nigdy nie zrozumie czym jest ta dyscyplina sportu dla Amerykanów. Niby mamy piłkę nożną, ale nie jest to ta skala zjawiska. Baseball to, obok rugby i wyścigów Nascar, niesamowite zjawisko kulturowe, które jednoczy miliony Amerykanów. To coś więcej niż sport, to cała ikonografia i olbrzymie pieniądze. Amerykanie kolekcjonują niemal wszystko co jest związane z baseballem : koszulki, kije, łapy, piłki oraz, przede wszystkim, karty, których cena potrafi nieźle zaskoczyć. Moneyball nam o tym przypomina. Film opowiada o klubie Oakland Athletics, którego manager (Pitt) wprowadza algorytmy komputerowe do ocen zawodników. Dzięki temu posunięciu klub, mimo niewielkiego budżetu, zaczyna odnosić spore sukcesy. Wróćmy do Oscarów. Złotą statuetkę powinien za ten film dostać nie tylko Pitt, ale także (nowinowany za rolę drugoplanową) Jonah Hill, który był zwyczajnie genialny. Film oceniam na dziewięć - punkt dodaję za temat. Lubię tytuły, które opowiadają nam trochę o amerykańskim śnie.